Przed wejściem w życie ustawy o zakładach bukmacherskich pojawiały się głosy o gwarantowanych bankructwach poszczególnych firm z tej branży czy zapaści całego rynku. Opodatkowanie wprowadzone na podmioty gospodarcze umożliwiające gry wzajemne, a do takich zaliczają się zakłady bukmacherskie legalne, miało być sporym wyzwaniem ekonomicznym dla największych nawet operatorów na rynku. Sugerowano, że w obawie przed podatkiem niektóre firmy wejdą do szarej strefy, inne po prostu zrezygnują z działalności, ale widząc obecnie szybko rozrastający się rynek w pełni legalnych polskich bukmacherów widać już jak na dłoni, że opodatkowanie zakładów bukmacherskich nie wyrządziło im wielkiej krzywdy.

Przede wszystkim podatek, który obowiązkowo płacić musi taki operator zakładów bukmacherskich, to podatek 12% od gier. W Polsce płacą go takie firmy jak zakłady bukmacherskie sts, fortuna, milenium czy totolotek. W rzeczywistości jednak, patrząc na konstrukcję i skład każdego kuponu, czyli wnoszonego przez gracza zakładu, widać wyraźnie, że to gracz ponosi koszty tego opodatkowania. Jeśli wniesie przykładowo kupon o wartości 10 złotych, aż 12% z tej sumy nie bierze udziału w grze i jest księgowane na koncie operatora, który następnie pokrywa z tego swoje podatki. Taka forma opodatkowania dotyka tzw. bukmacherów naziemnych, a więc prowadzących legalnie swoje terenowe punkty obsługi klienta.

Zupełnie innym podatkiem, na który trafić mogą najlepiej wybierający typy bukmacherskie, jest podatek od wygranych. Bez względu na rodzaj gry, każdy zwycięzca, który na jednorazowym kuponie wygra więcej niż 2280 złotych (łącznie ze stawką), jest zobowiązany do odprowadzenia 10-procentowego podatku od wygranej. Z taką formą opodatkowania spotykają się więc tylko najlepsi gracze, którzy z zakładów uczynili swoje źródło wysokich dochodów.